Trips With Kids

Wiedeń z dziećmi: ZOO, pandy i droga powrotna przez Czechy

Z Camp Zagreb ruszyliśmy rano – namiot złożony, auto załadowane, kurs na północ. Za nami trzy tygodnie wyprawy przez Albanię, Czarnogórę, Bośnię i Chorwację. Przed nami jeszcze jeden zaplanowany przystanek.

Trasa z Zagrzebia do Wiednia to jakieś cztery godziny jazdy. Po dwóch zatrzymaliśmy się przy Lidlu na krótkie zakupy – uzupełnienie prowiantu, chwila przerwy – i pojechaliśmy dalej. Kolejne 2,5 godziny i wjechaliśmy do Austrii.

Camping Wien Süd

Kemping po południowej stronie Wiednia spełnił wszystko, czego oczekuje się od bazy wypadowej: czysto, sprawnie, bez zbędnych komplikacji. Komunikacja miejska do centrum działa tu świetnie – kwadrans i jest się w środku miasta. Przy naszych planach na następny ranek to miało znaczenie.

Tiergarten Schönbrunn – pandy

Wiedeńskie zoo to Tiergarten Schönbrunn – jedno z najstarszych na świecie, otwarte jeszcze w XVIII wieku, i jedno z nielicznych miejsc w Europie, gdzie żyją wielkie pandy.

Justynka marzyła o tym od dawna.

Rano wsiedliśmy w komunikację miejską i po kwadransie byliśmy przy kasach. Zoo jest rozległe – można spokojnie spędzić tu cały dzień. Zaczęliśmy jednak od pand i wokół ich wybiegu zostaliśmy najdłużej.

Dwa wielkie czarno-białe stworzenia zajadały bambus z absolutnym spokojem, nie zwracając żadnej uwagi na publiczność za szybą. Ich obojętność wobec otoczenia jest niemal poruszająca – żadna liczba dzieci przyklejonych do szyby nie zakłóciła rytmu ich posiłku. Justynka nie mogła od nich oderwać wzroku.

Reszta zoo też nie rozczarowała. Poszczególne strefy – alpejska, tropikalna, polarna – płynnie się przeplatają, a na każdym wybiegu jest coś do zobaczenia. Każde z dzieci miało swoje faworytki, ale pandy zostały bohaterkami dnia. Wróciliśmy do nich jeszcze raz tuż przed wyjściem.

Na kemping dotarliśmy z powrotem o szesnastej. Zapakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej – tym razem naprawdę w kierunku domu.

Czechy i kolacja w Jedovnicach

Wieczorem przekroczyliśmy granicę czeską. Gdzieś w środku Czech, w miejscowości Jedovnice, zawinęliśmy na kolację do lokalnej restauracji. Po tygodniach bałkańskiej kuchni – grillowane mięso, bakłażan, domowe sery – czeskie menu z gulaszem i knedlikami brzmiało znajomo. Zamówiliśmy dużo i nie żałowaliśmy.

Camping Baldovec

Na nocleg trafiliśmy na Camping Baldovec i od razu poczuliśmy, że to inne miejsce. Zamiast ściśle wyznaczonych parceli z numerami była duża, zielona polana. Możesz stanąć gdzie chcesz. Żadnych białych linii, żadnego przypisywania do boksu. Rzuciliśmy namiot w wybranym miejscu i to wystarczyło.

Mokry namiot i droga do domu

Rano okazało się, że płachta zewnętrzna namiotu jest mokra. Punkt rosy. Po prawie trzech tygodniach na Bałkanach – gdzie suche powietrze było normą – zdążyliśmy zapomnieć, że coś takiego w ogóle istnieje. Czechy szybko nam to przypomniały.

Zapakowaliśmy mokry namiot do auta, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy. 4,5 godziny i byliśmy w domu.

Wyprawa do Albanii – zamknięta.