
Noc przed Trogirem spędziliśmy nad Bacińskimi Jeziorami – spokojny kemping, trochę zieleni po dniach jazdy przez kamienną, wypaloną słońcem Albanię i Czarnogórę. Rano spakowaliśmy namiot i ruszyliśmy na północ.
Chorwacja przywitała nas czymś, co po tygodniach w albańskim upale wydawało się niemal cudowne – było o jakieś dziesięć stopni chłodniej. Drobiazg na papierze, ale wystarczający, żeby znowu dało się normalnie funkcjonować.
Nieplanowane spotkanie
Gdzieś w trasie okazało się, że Darek – kuzyn Ani – jest z rodziną na urlopie w Chorwacji. Zupełny przypadek, żadnych wcześniejszych planów. Pomyśleliśmy, że skoro oboje jesteśmy na Dalmacji, może uda się spotkać. I faktycznie się udało – umówiliśmy się w Trogirze.
Takie spotkania w środku zagranicznej trasy mają swój specyficzny klimat. Niby normalny wspólny spacer ze znajomymi, ale jednak gdzieś daleko od domu, na kamiennych uliczkach starego miasta z widokiem na Adriatyk.
Trogir
Trogir to jedno z tych chorwackich miast, które od razu robi wrażenie. Stare miasto leży na małej wyspie – z jednej strony połączone mostem ze stałym lądem, z drugiej z wyspą Čiovo. UNESCO wpisało je na Listę Światowego Dziedzictwa w 1997 roku i patrząc na te uliczki, trudno się dziwić.
Centrum zdominowane jest przez katedrę Świętego Wawrzyńca – romańsko-gotycka bryła budowana przez kilka wieków, z bogato rzeźbionym portalem mistrza Radovana z XIII wieku. Nie trzeba być historykiem sztuki, żeby docenić detale. Dzieci były bardziej zainteresowane wąskimi przejściami między kamienicami, gdzie w południe panował przyjemny chłód.
Chodziliśmy razem – dwie rodziny – przez labirynt wąskich uliczek, zaglądaliśmy na małe placyki, mijaliśmy kawiarnie i stragany z pamiątkami. Trogir jest turystyczny, to widać, ale to mu nie odbiera uroku. Kamień jest stary, uliczki autentyczne, a twierdza Kamerlengo na zachodnim krańcu wyspy daje niezły widok na zatokę.
Miło spędzony czas – tym milej, że w towarzystwie.
Camp Marina
Po południu rozstaliśmy się z rodziną C. i pojechaliśmy dalej na północ. Na noc zatrzymaliśmy się na kempingu Camp Marina. Po dniach w namiocie w albańskiej temperaturze ten chorwacki wieczór – z morską bryzą i cieniem drzew – był wyraźnie przyjemniejszy.